Diamenty

 

Moja droga szukania diamentów w chmurach rozpoczęła się wiele lat temu w Jeleniej Górze, gdzie jako podchorąży Wyższej Oficerskiej Szkoły Radiotechnicznej  spędziłem cztery długie lata. Niejednokrotnie stojąc na warcie obserwowałem  szybowce latające na termice. Zdarzało się też często, że podczas wykładów spoglądałem za okna  i podziwiałem  nieruchome  soczewki, oraz rotory pędzące ku mnie po niebie. Na szczęście moja edukacja nie ucierpiała wiele na tych obserwacjach a marzenie, żeby latać na dobre zagościło w moich myślach.  Jelenia Góra przez cztery lata była  moim domem, niestety w czasie tym nie było mi dane skorzystać z lotniczych uroków tego miejsca. Napisałem chyba ze trzydzieści próśb do władz szkolnych o zezwolenie na latanie w Aeroklubie Jeleniogórskim, niestety nigdy nie otrzymałem zgody. Alternatywą stało się modelarstwo lotnicze,  które z niezłym skutkiem uprawiałem przez  ponad 15 lat. Dawało mi to pewną satysfakcję i pozwoliło zasmakować sportowej rywalizacji ale prawdziwego latania nie było w stanie zastąpić, dlatego nigdy nie przestałem o nim marzyć. Dopiero po kilkunastu  latach i przejściu do rezerwy  miałem okazję oderwać się od ziemi. Pierwszy lot szybowcem powetował mi długie czekanie. Każdy kto tego doświadczył zna z pewnością to niesamowite uczucie ciekawości, niepokoju i spełnienia zarazem. Mogłem nareszcie wyruszyć na spotkanie przygodzie mojego życia. Teraz musiałem tylko krok po kroku pokonać wszystkie etapy szkolenia. Priorytetem stało się uzyskanie licencji szybowcowej.

Dzień, w którym ją otrzymałem był prawdziwym świętem. Moje myśli prędko  powędrowały ku  Jeleniej Górze, miastu, w którym spędziłem wiele czasu na bezowocnych marzeniach o lataniu. Ciągnęło mnie do tego miejsca także dlatego żeby móc powiedzieć całemu światu i sobie samemu :udało się !!, naprawdę się udało !!.

Jelenia Góra to oczywiście latanie na fali. Teraz ono stało się moim celem. Wykonałem telefon do Aeroklubu Jeleniogórskiego i umówiłem się z szefem wyszkolenia Andrzejem Cichońskim  na najbliższy jesienny termin aby odbyć przygotowanie falowe.

Miasta prawie nie poznałem tak bardzo się zmieniło. Ale do lotniska trafiłem, zresztą cały czas widziałem krążącego Puchacza a nad nim kręcącego akrobację Zlina. To one wskazały mi drogę.

Umówiłem się z panem Andrzejem na rano na lot zapoznawczy na fali oraz na zrobienie halniaka. Dopisało mi szczęście. Pogoda była wręcz wiosenna. Na bezsenność dostałem ‘Konspekt falowy’, wieczorem  kułem więc z radością niuanse związane z aparaturą tlenową i nasłuchiwałem wiatru za oknem. Wiatr był ciepły i silny

...... czyżby ?!.

Natychmiast po przebudzeniu wyjrzałem przez okno ...i coś jest! Nie byłem pewien ale widok nieba obiecywał wiele. Wsiadłem w samochód i z mocno bijącym sercem pojechałem  w kierunku lotniska. Po drodze musiałem zatrzymać się na chwilę tak zauroczył mnie widoczny na niebie mur halny. Sfotografowałem go na pamiątkę. Na lotnisku tymczasem panowała już gorączka związana z organizowaniem lotów falowych. Bardzo chciałem się do tego włączyć jak najprędzej. Wpierw  czekała mnie jednak niespodzianka, spotkania z ludźmi z dalekiej przeszłości. Na lotnisku powitał mnie mój dawny dowódca kompanii a obecnie dyrektor Aeroklubu Jeleniogórskiego słowami ‘A co tu Siwik robisz? ’? Poznał mnie po tak wielu latach choć podchorążych pod swoją komendą miał blisko dwie setki. Może przez te prośby, które załatwiał odmownie .....?

To było miłe zaskoczenie i nie ostatnie. Obok dyrektora stał nie kto inny jak  Grzesiu Suchań – uczyłem go modelarstwa dwadzieścia lat wcześniej – teraz Grześ był już instruktorem  szybowcowym  I klasy. Oczywiście nie mogło być inaczej – polecieliśmy razem.

Na holu trzepało całkiem nieźle ale ja piałem z zachwytu. Uczucie było wspaniałe i niezapomniane. Żyłem każdą minutą, co mówię, każdą sekundą tego wspaniałego lotu. Tak spełniają się marzenia, tak spełniało się moje.

Holownik  zostawił nas na drugiej fali, na wysokości nowo budowanej zapory. W powietrzu było masełko. Czekałem na spokojne opadanie ku ziemi  a tu podróż w przeciwnym kierunku !

Z falą było inaczej, wspaniale !. Wykorzystywałem każdą okazję do robienia zdjęć  aby nic nie uronić z tych niezwykłych widoków. Lot trwał ok. dwóch godzin, po nim jeszcze jeden. Czułem nasycenie. Teraz przyszedł czas na  naukę halniaka. Wystartowaliśmy ponownie, ja i Grześ. Na stu metrach zaczął się taniec na linie. Grześ, pokazywał jak brutalnie należy sterować aby utrzymać się za samolotem. Turbulencja prawdziwej fali tego zadania nie ułatwiała. Po dwóch lotach miałem już polecieć sam na Juniorze ale poprosiłem  o jeszcze jeden lot z instruktorem. Nie czułem się jeszcze zbyt pewnie i faktycznie  ten lot okazał się potrzebny. Holownicy  żartowali, że tak się trenuje delikwenta na halniaku, żeby zerwało linę. Wsiadłem do Juniora z duszą na ramieniu ale niepotrzebnie dałem się zastraszyć. Holownik dawkował trudność utrzymania się za samolotem adekwatnie do umiejętności szybownika. Czym sobie lepiej radziłem tym bardziej holówka szalała. W trzecim samodzielnym locie już nie było na mnie siły. Byłem gotów do latania na fali. Wracałem do domu szczęśliwy i pełen obaw  jak sobie poradzę kiedy przyjdzie ta prawdziwa próba. Kiedy uda mi trafić do Jeleniej Góry w samą porę aby pod soczewką znaleźć upragniony diament?. Wiedziałem , że pewien  rekordzista jeździł w góry siedemnaście lat w oczekiwaniu na tą kapryśną okazję. Zgodnie z radą Pana Andrzeja Cichońskiego nawiązałem bliższą telefoniczną znajomość z paniami synoptyczkami z wrocławskiego biura meteo i zanudzałem je telefonami czy już jechać czy czekać dalej. Po raz pierwszy nie musiałem czekać z lataniem do wiosny. Ta świadomość nie dawała mi spokoju. Po jakimś  miesiącu pojechałem znowu do  Jeleniej Góry ale przez GOBLL gdzie robiłem  komorę. Spotkałem tam dwóch Niemców, którzy tak jak ja poprzez GOBLL jechali na falę. Na następny dzień fala była jak z podręcznika. Zostałem wyznaczony do lotu jako pierwszy i o 10. 30 wystartowaliśmy. Praktycznie od samej ziemi miotało nami porządnie. Holownik , gdy już było po wszystkim  przez cały wieczór opowiadał jak nim trzepnęło o ziemię przy starcie.

Walczyłem  zaciekle. Holownik zostawił mnie w rotorze nad Pętlą  Kowarską. Niesamowite wrażenie -cumulus rot pode mną i nade mną i takie dziwne – dla mnie szybownika z nizin. Chmury nie miały podstaw i jak takie coś może nosić. Pamiętając, że nawietrzna rotora nosi a zawietrzna dusi zacząłem w nich krążyć. Noszenia były do 8-10 m/s i równie silne duszenia, jednym słowem szybka jazda pełna wrażeń. Adrenalina uderzyła mi do głowy. Wrażenia były bardzo silne .Uspokoiłem się dopiero  na 3500m. Próbowałem  lecieć do przodu aby nawiązać kontakt z falą ale nic z tego, poza zwiększonym opadaniem nic nie znalazłem. Chciałem zawrócić do rotorów tylko, że po nich nie zostało nawet śladu .Zrobiło  mi się gorąco i  na wszelki wypadek zacząłem rozglądać się  za polem do lądowania. Zdecydowałem zawrócić do miejsca gdzie jak mi się zdawało pozostały nędzne resztki tego co jeszcze niedawno było wspaniałym rotorem. Słuszna decyzja. Dobrałem 300m wysokości i poleciałem  w kierunku lotniska.

W którymś momencie zrobiło się niezwykle spokojnie. Pomyślałem, że złapałem kontakt z falą. Prędko porzuciłem kurs na lotnisko i skierowałem się w stronę tamy. Wskazówka powoli zaczęła piąć się do góry i zatrzymała  na 1m/s. Na chwilę się odprężyłem  ale nie na długo. Znowu zrobiło  się turbulentnie i winda szybko pomknęła  w dół. Doszedłem  do wniosku że znalazłem się w zasięgu rotora więc poleciałem  do przodu i dostałem się na jego część wznoszącą. Zacząłem odbudowywać straconą wysokość. Na 1500 sytuacja się powtórzyła -szybka utrata wysokości i nerwowe szukanie strefy noszeń. Po godzinie udało mi się w końcu uzyskać 3500m i poleciałem do przodu aby nawiązać kontakt z pierwszą falą. Udało mi  się to nad Śnieżką i dostałem  się w obszar silnych noszeń do 4m/s Na czterech tysiącach założyłem  maskę. Po uzyskaniu wysokości  4500 m noszenie nagle się urwało. Penetrowałem  obszar na wszystkie strony ale niczego już nie znalazłem. Za to widoki były niesamowite.

Całe Czechy spowite całunem z chmur – dla szybownika to rzadka okazja popatrzeć na chmury znad chmur.  Powoli zbliżał się wieczór, chmury podświetlało zachodzące słońce, co jeszcze bardziej dodawało uroku całej scenerii. Nadszedł czas lądowania. Pan Andrzej Cichoński określił później  to co było widać na niebie  śmietnikiem z chmur,- i tym razem  mogłem się z nim zgodzić .Dla mnie był to piękny lot z wrażeniami trwający 6,5 h .Miałem  złoto ale marzyłem o czymś więcej. Zima, która nadeszła  nie była  łaskawa dla polujących na diamenty. Musiałem więc uzbroić się w cierpliwość. Następną szansę otrzymałem  3 marca. Dwa dni przed tą datą musiałem wyjechać służbowo aż za Lublin. Do Jeleniej Góry nie było raczej po drodze  ale jak zwykle zapytałem synoptyków o prognozę i w efekcie wrzuciłem do bagażnika sprzęt falowy tak na wszelki wypadek. Zadbałem także  o zgodę na ewentualne spóźnienie się z powrotem do domu od mojej małżonki i ruszyłem w drogę. Czas minął mi szybko i oto stałem na rozstaju dróg w Piotrkowie Trybunalskim. Jechać do Jeleniej czy wracać do domu ? Decyzja nie była łatwa tym bardziej, że  zgodnie ze zwyczajem dzwoniłem wcześniej na meteo we Wrocławiu i tam odarto mnie z wszelkich złudzeń. Synoptyk lakonicznym głosem doradził, żebym poszedł spać bo żadnej fali nie będzie. Czułem się zawiedziony ale ponieważ nie łatwo daję za wygraną postanowiłem zadzwonić raz jeszcze .Minęła właśnie godzina 20 i dyżur objęła nowa zmiana.  Wiedziałem , że są to znajome synoptyczki, z zasady bardzo życzliwe szybownikom. Nie miałem nic do stracenia. Przeczucie nie myliło mnie tym razem i kiedy  pani z  meteo powiedziała, że i owszem fala powinna być choć nie może gwarantować czy będzie odpowiednio wysoka podjąłem decyzję na tak i w Piotrkowie skręciłem bardziej na południe. W czasie drogi nachodziły mnie wątpliwości za sprawą deszczu, który lał bezustannie i nie nastrajał pozytywnie. Byłem zmęczony i jak na złość nie mogłem znaleźć po drodze żadnego godnego uwagi motelu by się przespać. O drugiej w nocy minąłem Wrocław. Chmury zmieniły swój charakter. Przez nieprzerwaną dotąd warstwę zaczęło przesączać się światło księżyca. Jakimś szóstym zmysłem wyczułem korzystną dla mnie zmianę choć było zbyt ciemno by zobaczyć cokolwiek. O czwartej rano byłem już w Jeleniej Górze. Znalazłem  hotel,  pewnie najdroższy hotel w moim życiu, ale musiałem odpocząć. Z falą nie można było żartować. Rano zgodnie z planem zameldowałem się u szefa wyszkolenia po czym przygotowałem sprzęt do lotu falowego. Próba silnika w Jaczku, tankowanie tlenu do szybowców....i sprzęt wrócił do hangaru. Trzeba było  czekać, nie wiedziałem czy było na co. Szef skomentował, że  mur się przewalił, byłem rozczarowany.  Tymczasem w okolicy pojawiła się  Wilga lecąca z Lubinia. Poproszono pilota by  wleciał w góry i sprawdził czy może tam coś jednak jest?.......Było! Padło hasło ponownego wyhangarowania sprzętu. Nie trzeba mi tego było dwa razy powtarzać. Niestety pojawił się problem, zakrętomierz nie działał. Trzeba było wyciągnąć innego Juniora bezlitośnie zastawionego innymi szybowcami. Czas uciekał, minęła 15.oo. Dostałem wreszcie  zgodę na lot wysokościowy, ale do zmroku pozostało tylko 1,5 godziny. Czy  to  wystarczy ?.

W końcu  ubrany na przysłowiową cebulę usadowiłem się w szybowcu. Wiedziałem, że w górze będzie bardzo zimno, ale póki co rękawiczki schowałem za głową – w locie wyciągnę jak będą potrzebne.

Później okazało się, że nie było to takie proste i w efekcie odmroziłem sobie opuszki palców. Tuż przed startem  przyszedł moment zastanowienia,- od czterech miesięcy nie latałem, po horyzont jednostajna powłoka z chmur..... Miejscowi lotnicy zaczęli pocieszać, że Andrzej Ciechoński na pewno znajdzie w niej dziurę. Tymczasem   samolot podkołował. Nie miałem już czasu na wątpliwości. Podczepili krótką przeznaczoną na halniak linę. Wystartowaliśmy. Silna turbulencja przydusiła samolot do ziemi, jeszcze moment i już byliśmy w powietrzu. Na granicy lotniska wykonaliśmy dwa zakręty o 180 stopni  aby nabrać wysokości. Gdzieś pod Szklarską Porębą dostaliśmy się na falę, lot się uspokoił, w zespole mieliśmy cztery metry wznoszenia. Holownik przez okienko wystawił rękę , był to znak że czas się wyczepić. Leciał jeszcze kawałek po prostej  demonstrując, że cały czas jest w polu falowym. Życzenie powodzenia przyjąłem w tej chwili z prawdziwą wdzięcznością. Zostałem sam. Zacząłem się rozglądać. Byłem w dziurze pomiędzy chmurami w kształcie trójkąta, przede mną, za mną i nade mną są chmury. Byłem  w takiej szczelinie, która mogła zamknąć się lada moment. Zacząłem analizować wskazania  Loggera  Lx20, który ze sobą zabrałem. Pokazywał dokładnie odległość od lotniska i pozwalał utrzymać właściwą pozycję w polu falowym. Wykonałem delikatny zakręt w lewo i poleciałem przez  kanion z chmur pracowicie nabierając wysokości. Na jego końcu  miałem już prawie 6500 metrów ! Doszedłem do górnej warstwy chmur. Czas płynął szybko, z półtora godziny niewiele zostało.   . W którymś momencie stwierdziłem że stery w szybowcu chodzą dziwnie ciężko, jeden rzut oka na skrzydło i wszystko stało się jasne, skrzydła pokrywała warstwa lodu . Decyzja mogła być tylko jedna jak najszybciej znaleźć się na matce ziemi. Zameldowałem, że kończę zadanie i idę do lądowania. Wypuściłem pełne hamulce, pochyliłem szybowiec do przodu i na zwiększonej prędkości  zacząłem wytracać wysokość. Wyrównałem  na 3000 metrów ale lód na skrzydłach ciągle narastał, stery chodziły coraz ciężej, ciągle nimi poruszałem aby się do końca nie zablokowały. Zastanawiałem się na jakiej wysokości może być izoterma zero, przypuszczałem, że nisko, pewnie pod dolną warstwą chmur. W myślach przypominałem sobie czynności do skoku ratowniczego na wypadek gdybym stracił panowanie nad szybowcem. Pochyliłem  szybowiec powtórnie do przodu, pełne hamulce. Na 900 metrach przeleciałem przez dziurę w chmurach, wyrównałem do lotu poziomego na 700. Po trzydziestu sekundach po warstwie lodu i blokadzie sterów nie zostało śladu, minęły jak zły sen. Wysokości nie miałem  za wiele a do lotniska daleko, zwolniłem więc do prędkości optymalnej i spokojnie skierowałem do domu. Meldowałem swoje położenie kierownikowi lotów lecz ten niepokoił się trochę gdyż jeszcze mnie nie widział. Jeszcze moment, zakręt o 180 stopni i już byłem na  prostej do lądowania. Rozpierała mnie radość. Udało się! Sprawdziłem jeszcze czy barografy zapisały? Zapisały! Logger też zapisał. Miałem i dowód i pamiątkę. Dzięki gościnności Aeroklubu Jeleniogórskiego a szczególnie dzięki Szefowi wyszkolenia Andrzejowi Cichońskiemu udało mi się tak szybko zrealizować mój plan. Byłem jedynym pilotem, który tego dnia latał na fali. Teraz trochę mi żal, że to już, że nie będę teraz  częstym gościem w Jeleniej Górze, że ta przygoda pełna niesamowitych wrażeń jest  za mną. Obiecałem kolegom z Jeleniej Góry, że nie zapomnę tego urokliwego miejsca i będę ich ambasadorem.  Pamiętam, że w drodze powrotnej do domu ciągle do kogoś dzwoniłem, żeby podzielić się moją radością. Sukces szumiał mi w głowie i kazał  myśleć, marzyć o dalekich przelotach gdzie  następne diamenty czekały pod szlakami cumulusów. Po powrocie do domu zacząłem przygotowywać się do kolejnego wyzwania . Mieliśmy w klubie dwie Foki 4 , jedną ze znakiem konkursowym Z, bardzo starą mającą prawie 40 lat i nie cieszącą się dużym wzięciem oraz drugą trochę młodszą gdzie nawet na tzw. oko widać było, że skrzydła dużo lepiej trzymały profile. Wybrałem tę starszą trochę ze względu na mniejszą konkurencję. Pierwsza okazja na dalszy przelot nadarzyła  się 2 maja. Zadeklarowałem trasę Piła – Chociwel – Nakło n/Notecią – Piła . Wystartowałem do lotu o 12.15. Warunki były dobre więc zaraz po odkręceniu się pod podstawy odszedłem na trasę. Początek lotu nie wyróżnił się niczym szczególnym, tradycyjnie pod Wałczem nie mogłem znaleźć komina, dopiero za nim nabrałem wysokości do 1300 metrów. Dalej było dość kiepsko,   nad wojskowym lotniskiem w Mirosławcu dostałem dobry komin 3m/s średniego, co pozwoliło przyspieszyć. Później wleciałem nad  teren poligonu drawskiego a tam zawsze nosiło mocno i pewnie. Niebawem znalazłem bardzo mocny komin w granicach 5m/s, winda była rewelacyjna i jakiż byłem dumny z siebie. Naraz zobaczyłem  obok mnie dwa bociany kręcące się w innym kominie i byłem bardzo zdziwiony że nie chcą skorzystać z mojego. Prawie nawymyślałem im w duchu od amatorów tymczasem one zaczęły wznosić się o wiele szybciej niż ja!  Za poligonem odszedłem za daleko w bok. To był błąd, który kosztował stratę 20 minut  a zważając na to, że późno wystartowałem  nabrało to istotnego znaczenia. Punkt zwrotny Chociwel znajdował się na trochę gorszym termicznie terenie, ale tym razem miałem szczęście-dwa kominy i już pędzę z powrotem. Następne 50 km to 5 dokrętek i 4 metrowy komin na wysokości Mirosławca pozwalający bezproblemowo dolecieć do krawędzi Piły gdzie złapałem jeszcze piękny komin dający 3,2 m/s średniego i długi 40 kilometrowy przeskok, potem dokrętka nad Wyrzyskiem i dwudziestokilometrowy przeskok do punktu zwrotnego Nakło n/Notecią. Tutaj sielanka się skończyła. Była już godzina 17.00 a do domu pozostało jeszcze 60 kilometrów. Problem w tym, że nie bardzo było na czym wracać . Zdecydowałem  się odlecieć z wiatrem na południe gdzie teren wyglądał na bardziej termiczny. Doleciałem tam na 600 metrach rozglądając się przy okazji za jakimiś miejscem do lądowania. Na szczęście nie było takiej potrzeby.

Złapałem  poszarpany meterek a wyżej zrobiło się powyżej dwóch metrów i z 1900 poleciałem w kierunku zachodnim do widocznego szlaczku cumulusów. Szlak prowadził w kierunku północnym ale powoli zbliżał mnie do Piły. Na końcu szlaku dokręciłem do prawie dwóch tysięcy i już wiedziałem, że trzysetka jest moja.

Wylądowałem po 19.00 .Miałem drugi diament! Wieczorem  zgodnie ze zwyczajem opijaliśmy piwem w barze u Mecka moje kolejne zwycięstwo. Koledzy gratulowali szczęścia, niektórzy trochę zazdrościli a w mojej głowie kluła się już pewna myśl. Jutro polecę na 500. No i wyłożyłem 500, zadeklarowałem trasę Piła – Maszewo – Grudziądz (jak się okazało po locie punkt zwrotny Grudziądz to w rzeczywistości jest gdzieś za Toruniem, ale takie są początki latania z Loggerem) – Piła. Początek trasy to był ciągły dylemat, zakituje czy nie? Lecieć czy wracać? Za Mirosławcem zrobił się Teksas, i dopiero w okolicy Mroczy spadłem prawie do parteru, ale jakoś  się wygrzebałem i pod dużym bambusem w okolicach Świecia wymacałem szóstkę. Niebo zaczęło jednak wyglądać niepokojąco,  przez radio słyszałem jak koledzy  naprowadzają się na pole pod Nakłem w Trzeciewnicy. Uznałem , że to jednak nie dzisiaj i zdecydowałem  się na powrót. Teraz dopiero zauważyłem, że nie ma żadnych szans na powrót do Piły. Koledzy  siedzieli już w polu i zachęcali do lądowania. W kupie raźniej. Próbowałem jeszcze  walczyć ale  nic z tego nie wyszło. Musiałem skapitulować i oto na tym samym polu usiadł trzeci szybowiec. Przednie towarzystwo! Wykonaliśmy telefon do Piły i ponieważ mieliśmy trochę czasu do przyjazdu wózka zaczęliśmy przepychać szybowce do drogi. Po jakimś czasie dojechała Fiesta z Krokusem i zapakowaliśmy pierwszego ptaszka . Pojechałem  z nim do Piły. W tym czasie koledzy zmęczeni wrażeniami  poszli spać do szybowców. Tymczasem temperatura na zewnątrz spadła poniżej zera. Przebudziło ich niesamowite zimno. Od poważniejszych kłopotów wybawiła ich moja żona, która  pojechała na pole  z zapasami jedzenia i gorącą kawą i jakoś postawiła chłopaków na nogi. Została przy szybowcach do rana. W samochodzie, przy pracującym silniku  wszyscy przetrzymali tę długą noc bez dalszych niespodzianek. .  Szybowce skończyliśmy zwozić dopiero  o godzinie 10.oo. Przez następne dwa miesiące pogoda nie sprzyjała lotom w dalekie trasy. Myśl o trzecim diamencie nie dawała mi jednak spokoju. Kiedy już prawie straciłem nadzieję w końcu lipca wybudował się nad Skandynawią potężny wyż kierując nad Polskę arktyczną masę powietrza. Nie wierzyłem, że o tej porze roku  cumulusy,  które tworzą się  rano wytrzymają aż do wieczora. Na moje szczęście myliłem się .  28 Lipca w trójkę, ja i dwaj koledzy z klubu wyłożyliśmy trasę o długości 508 kilometrów. Koledzy dali się przekonać, żebyśmy polecieli na trasę Piła – Przylep – Ośno Lubuskie – Człuchów – Piła . Tak wyłożona trasa minimalizowała ryzyko lądowania w polu. Po przeleceniu trzystu kilometrów można było podjąć decyzję o przerwaniu przedsięwzięcia i spokojnie lądować na lotnisku w Pile. Przed lotem umówiliśmy się, że lecimy zespołowo, życie miało pokazać czy nasze plany się sprawdzą . Wystartowaliśmy trochę  późno bo o godzinie 12.00. Z lotu zespołowego nic nie wyszło, dzień za szybko się skończył. Zrobiłem  400 kilometrów  i bezpiecznie lądowałem w domu. Wyż nadal kształtował pogodę w Polsce zsyłając na niebo mocno rozbudowane cumulusy. Nazajutrz zdecydowałem się więc podjąć kolejną próbę. Tym razem towarzyszyć miał mi kolega klubowy, Józef Nowak. Uzgodniliśmy że, na tak długiej trasie przyda się współpraca dlatego postanowiliśmy wspierać się w locie na ile będzie to możliwe. Na lot zabrałem ze sobą poza Loggerem również aparat fotograficzny  i barograf – nigdy nie wiadomo co może się przydarzyć . O 11.00 wyruszyliśmy na trasę identyczną jak  poprzedniego dnia. Warunki od razu były fantastyczne. Większość pierwszego boku lecieliśmy razem. Parę minut przed pierwszą zameldowaliśmy się nad Przylepem (średnia 87/h).Nieźle. Skierowaliśmy  się na drugi punkt zwrotny – Ośno Lubuskie. W połowie drogi do punktu kręciłem się w kominie który, dawał 4,2m/s średniego - superjazda. W pewnym momencie zauważyłem, że Józiu został w kominie bardzo nisko, postanowiłem zaczekać na niego obok chmury choć kusiło mnie żeby lecieć dalej. Dobrze, że  Józiu szybko się pozbierał nabierając wysokości w zawrotnym tempie więc dalej do przodu. Do punktu zwrotnego dotarliśmy innymi drogami, ja północą, Józek południem trasy. Po punkcie zwrotnym wlecieliśmy w obszar puszczy nadnoteckiej. To teren bardzo wdzięczny ale czasami chmury lubią się rozlewać. Tak było i tym razem. Momentami musiałem cofać się do  anemicznie wyglądającej chmurki. Na trawersie Gorzowa Wlkp. znalazłem komin na 900m. Za mną  Józek  jak cień doleciał do  zbawczego komina na 500 metrach. Dokręciłem  do 2000m. Przede mną dość mocno zakitowane niebo, mnóstwo lasów i daleko na horyzoncie Dolina Noteci słynąca z tego, że zawsze dusi. Przestawiłem krążęk Mac Cready’ego na zero i przeleciałem nie bez trudu ten zdradliwy teren. Na 800 metrach znalazłem potrzebne wznoszenie. Rozejrzałem się za Józkiem. Był. Trochę niżej ale walczył dzielnie.  Spociliśmy się obaj. Dalej warunki zdecydowanie się poprawiły i  mogliśmy znowu szybko posuwać się do przodu. W dali zobaczyliśmy lotnisko. Nagle spostrzegłem, że  coś dziwnego zaczyna się dziać z moim LX20.Zasilanie, padło zasilanie! Dobrze, że nie miałem świadków podczas tej sceny kiedy siarczyście skląłem  podłe urządzenie bo bym się chyba spalił ze wstydu ale fakt, faktem straciłem cały impet. Mój towarzysz wysunął się tymczasem  do przodu na północ od lotniska i ruszyłem za nim. Skończę ten lot, choćby dla samej satysfakcji. Za Złotowem znowu zrobiło się trudno. Może to już koniec termiki a może  wpływ bryzy morskiej, która przy takim kierunku adwekcji lubi sięgać tak daleko skutecznie tłumiąc termikę. Co by to nie było postanowiłem trzymać się blisko podstaw. Powolutku zbliżyłem się do Człuchowa. W końcu  skok na punkt zwrotny. Zrobiłem  ze trzy zdjęcia punktu zwrotnego – tak na wszelki wypadek. Teraz kierunek Piła . Leciałem z prędkością największej doskonałości i gorączkowo  rozglądałem się  za czymś co by podtrzymało skrzydła.

Było już po osiemnastej. Józiu gdzieś się zapodział. Do mety zostało siedemdziesiąt kilometrów i miałem zaledwie 1400 metrów. W końcu coś znalazłem , zbawcze dwa metry, dokręciłem podstawę, miałem dwa i pół tysiąca metrów i 50 km do domu z wiatrem. Będzie diament!!! Leciałem już uspokojony, stara Foka 4 spisała się świetnie. Nad metę dotarłem mając 700 metrów. Zamierzałem zrobić zdjęcie ale film się skończył. Na szczęście na lotnisku był komisarz sportowy i nie było problemu z uznaniem trasy. Wylądowałem  wściekły z powodu  kłopotów z loggerem i własnej lekkomyślności. Piętnaście minut po mnie wylądował mój partner. Powoli szczęście z odniesionego sukcesu zaczęło brać górę nad złością. Miałem trzeci diament. Jeden rok dał mi wszystko na co inni nierzadko czekali latami. Zatem do Mecka......... .

 

 

P.S

Od tamtych wydarzeń minęły już prawie trzy lata. Dzisiaj  patrzę na moje przygody bardziej spokojnie,  dojrzale lecz w sercu na zawsze zachowam żywe obrazy przeżyć, które stały się moim udziałem gdy spełniały się moje marzenia.